Gadżety w filmach, czyli co zapamiętujemy z seansu

Analiza | Autor: Privsand
sty 02 2011

Bardzo często zdarza się, że po seansie naszą uwagę przykuwa (zamiast fabuły) pewien przedmiot wykorzystany w filmie, nie zawsze zgodnie ze swoim przeznaczeniem. Ma to oczywiście swoje plusy i minusy. Bezapelacyjnie wadą jest to, że nieumiejętne i naciągane zaprezentowanie takiego „gadżetu” burzy całą konwencję obrazu, zamieniając przykładowo produkcję – (z założenia) – poważny thriller w film, który oglądamy z lekkim uśmiechem niedowierzania na twarzy. To się zdarza. Przyczyną jest błędne podejście twórców do umieszczania takich ciekawostek filmowych: „skoro coś jest efektowne i w miarę prawdopodobne, to może się spodobać”. Niestety tak nie jest. Liczy się nie to, co można naprawdę wykonać albo udowodnić zastosowanie, tylko to, w co widz może uwierzyć.

Tyczy się to także niedawno goszczącej na naszych ekranach amerykańskiej produkcji „Salt” z Angeliną Jolie. Pierwsze minuty filmu oraz nazwisko reżysera – Phillip Noyce („Czas Patriotów” i „Stan Zagrożenia”) przywodziło na myśl solidne kino w klimacie trylogii Bourne’a. Niestety po scenie rodem z „MacGyvera”, w której główna bohaterka przy pomocy gaśnicy i nogi od stołu tworzy przenośną wyrzutnię rakiet, tracimy to złudzenie. Późniejszy pościg i akrobacyjne wyczyny agentki CIA są już tylko wisienką na torcie. Analogicznie sytuacja wygląda w najnowszej odsłonie Indiany Jones. Nuklearno-odporna lodówka, szybująca w powietrzu z „juniorem” w środku? To już lekka przesada. Niestety zamiast solidnej przygodowej rozrywki, otrzymaliśmy najbardziej absurdalną część z całej serii. A scena zdobyła (wątpliwą) popularność, znajdując się nawet na Wikipedii pod hasłem „Nuke the fridge”.

Kino zawsze lubowało się w „oryginalnych” rozwiązaniach, na ogół nieprzekraczających pewnych granic wyznaczonych przez klimat danej produkcji. Gdy Martin Riggs i Roger Murtaugh w „Zabójczej broni 2″ chowają się w starej wannie przed wybuchem bomby, jesteśmy w stanie w to uwierzyć (z pewnym kredytem zaufania), ale zamkniętemu w lodówce Indianie Jones już zdecydowanie nie. Różnica może wydawać się niewielka (zależy od rodzaju ładunku wybuchowego), jednak konwencja obrazu czasem pozwala na drobne „nieścisłości”, które nie przeszkadzają w odbiorze oglądanego filmu.

Obecnie takie „smaczki” coraz bardziej przeszkadzają podczas seansu. Panująca moda na możliwie jak największy realizm w kinie dotknęła nawet znanego z niesamowitych gadżetów Jamesa Bonda, którego dwie ostatnie części odeszły od tego typu efekciarstwa i starały się być (wreszcie albo niestety) prawdopodobne. Był to krok w słuszną stronę. „Śmierć nadejdzie jutro” dosłownie zabiła serię natłokiem efektów specjalnych i kompletnie niewiarygodnym ekwipunkiem głównego bohatera. Ciekawe jakby wyglądał „MacGyver” XXI wieku?

Z kolei w „Zabójczej broni 2″ James Cameron zawsze umiał wyważyć proporcje między „nowinkami technicznymi”, a resztą filmu. Tak też otrzymaliśmy w „Aliens” widowisko wyglądającego robota-ładowarkę, odgrywającego ważną rolę w finałowym starciu. Pomysł był na tyle dobry, że twórca praktycznie powtórzył go w „Avatarze”, nadając mu tym razem przeznaczenie czysto bojowe. Również „Otchłań”, trochę zapomniany i pozostający w cieniu innych dokonań film twórcy „Terminatora”, zawiera interesujący wynalazek filmowy – specjalną wodę, w której można oddychać, dzięki czemu bohaterowie są w stanie zejść na dużą głębokość, jednocześnie radząc sobie z wysokim ciśnieniem. Gadżety rodem z kina science-fiction sprawdzają się w nim idealnie, prezentując ciekawe koncepcje twórców. Ale każdy gatunek rządzi się swoimi prawami, a próba przemycenia ekstrawaganckich przedmiotów lub ich niecodziennych zastosowań nie zawsze daje oczekiwany rezultat, który to można podziwiać (lub nie) na ekranach kin.

Pomysłowość scenarzysty może zrobić wrażenie na osobach czytających skrypt. Niekoniecznie idzie to w parze z uznaniem widzów, w końcu nie wszystko prezentuje się tak samo dobrze na papierze jak i w gotowym filmie. Ciekawy szczegół może dodać uroku i jest to jego najlepsze zastosowanie, ale ważne jest używanie wszystkiego z umiarem. Dlatego też czasem trzeba powstrzymać swoją fantazję, by się nie „zagalopować” i nie zawrzeć w scenariuszu zbyt wymyślnego zastosowania przedmiotów, które odwróci uwagę publiczności, wywołując niezamierzony śmiech na sali lub, co gorsze sprawi, że przyćmi ono najistotniejszy element filmu – opowiadaną historię.


Jedna odpowiedź

  1. Alfa On pisze:

    Jeśli o gadżetach mowa to zalicza się poprostu do świata i konwencji filmu. Pozdrawiam.