Ubarwianie scenariusza

Scenopisarstwo | Autor: Privsand
gru 20 2010

Pisanie scenariusza w domowym zaciszu z dala od komentarzy innych osób ma tą zaletę, że możemy bez przeszkód kreować świat opowieści według własnego uznania. Nikt nam nie mówi: „tak nie może być” albo „to jest nieprawdopodobne”. Pełna swoboda w tworzeniu projektu. Potem następuje chwila, kiedy trzeba przejrzeć na oczy i zastanowić się, co tak naprawdę może znajdować się w środku historii. Ten moment to korekcja scenariusza – etap niezbędny w procesie twórczym i zajmujący (w zależności od autora) tyle samo czasu, o ile nie więcej, co jego napisanie.

Poprawki same w sobie uświadamiają nam mocne i słabe strony napisanego dzieła, czyli wszystko to, co wymaga naszej największej uwagi. Wtedy zdajemy sobie sprawę, że niektóre elementy, dialogi czy sceny są albo zbędne, albo mało atrakcyjne. Co w takim przypadku robić? Nadać im indywidualny charakter tak, by wyróżniały się spośród wielu innych podobnych, oglądanych w filmach (przyjmując zasadę, że kino wyczerpało już większość możliwych rozwiązań danej sytuacji). Podbijać stawkę, o którą toczy się akcja filmu tak, by widz obserwował w napięciu rozwój kolejnych wydarzeń. Przykładowo: słynna strzelanina na schodach pod koniec „Nietykalnych” Briana de Palmy. Eliot Ness (Kevin Costner) razem z Georgem Stonem („Andy Garcia”) muszą przechwycić księgowego, który odegra kluczową rolę w procesie Ala Capone. Ta scena jest sama w sobie kulminacją wszystkich działań bohaterów, ale by uczynić ją jeszcze bardziej ekscytującą, dostajemy wózek z dzieckiem zsuwający się po schodach. Jak wiemy dobrze, maluchowi nic złego stać się nie może, choć po tym jak wcześniej w eksplozji zginęła dziewczynka, nie jesteśmy tego tacy pewni, dzięki czemu możemy śledzić całą scenę z coraz większym zainteresowaniem.

Obecnie takie zagrania pojawiają się w niemal wszystkich amerykańskich superprodukcjach pod postacią komicznych wstawek, rozładowujących napięcie na ułamek sekundy tylko po to, by mogło ono chwilę później uderzyć ze zdwojoną siłą. Wystarczy obejrzeć dowolny blockbuster, by zauważyć tę prawidłowość („Iron Man” – gdy matka z dziećmi próbuje przejechać tytułowego bohatera, „Mroczny Rycerz” – strzelający „na niby” chłopcy i eksplozja samochodu). Chwila wytchnienia dla widza jest najprostszym sposobem, by utrzymać jego uwagę przez cały czas trwania filmu, co jak wiadomo nie jest łatwą sztuką. W końcu kto byłby w stanie przez 2 godziny śledzić z niecierpliwością kolejne strzelaniny, pościgi itp.?

Lokacja sceny także jest bardzo ważna, ponieważ może nadawać jej zupełnie inny wydźwięk niż dotychczas. Alfred Hitchcock w „Psychozie” legendarną sceną morderstwa Marion, zmienił już chyba na zawsze zwyczajny prysznic w miejsce grozy. Czy śmierć bohaterki byłaby równie szokująca, gdyby miała miejsce w ciemnym zaułku pustej ulicy, gdzie jak wiadomo wszystko może się zdarzyć? Zdecydowanie nie.

W „American Beauty” Lester Burnham (Kevin Spacey) doznaje olśnienia podczas występu cheerleaderek na sali pełnej ludzi. Dla niego publiczność jednak nie istnieje, a liczy się tylko niesamowita Angela, która od tej chwili staje się obiektem jego fantazji. Gdyby przenieść tą scenę przed zwykłe wejście do szkoły, z pewnością otrzymalibyśmy zwolnione tempo i moment, jakich wiele już było w całej kinematografii. Tymczasem samotność bohatera oraz idealizowanie przez niego nastolatki zostało wizualnie poparte ujęciem pustej sali gimnastycznej, tworzącym specyficzną chwilę intymności między tą dwójka postaci.

Odpowiedni dobór miejsca akcji sprawia, że mamy pod ręką zupełnie inny zestaw możliwości, stworzony w danej lokacji. Miłośnicy horrorów z pewnością już nie raz widzieli jak bohater/bohaterka przedzierając się przez las po zmroku, zostaje wystraszony przez pohukującą nagle sowę lub potyka się o niewidoczną w ciemnościach gałąź. Mankamentem, jeśli chodzi o tego typu zagrania, są uciążliwe problemy realizacyjne (głównie w Polsce), gdzie sceny ze zwierzętami często wylatują ze skryptu przeznaczonego do produkcji, jeśli można się bez nich obejść. Mam tylko nadzieję, że nie jest to główny powód tego, że nie możemy jakoś doczekać się polskiego horroru…

Nasze realia produkcji i ograniczenia budżetowe na ogół nie pozwalają na „ekscentryczne” ubarwianie scen. Scenarzyści, co prawda starają się dopisywać takie w swoich projektach, jednak na etapie realizacji, najzwyczajniej w świecie zostają one zastąpione czymś o wiele tańszym i łatwiejszym w nakręceniu, przez co tracą cały swój urok i wyjątkowość. Jak sobie z tym poradzić? Pisać tak, by było ciekawie, oryginalnie i jednocześnie tanio. Nie jest to łatwe, ale nie niemożliwe. Trzeba tylko mocniej się zastanowić.


Jedna odpowiedź

  1. Alfa On pisze:

    Jeśli chodzi o same poprawki w scenariuszu to wydaje mi siee ze to jest niekończąca sie historia.Pozdrawiam.